niedziela, 31 maja 2015

Wybacz mi, Leonardzie - M. Quick

„Zalewa tu człowieka tak potworna rzeka syfu, że aż trudno się oddycha.”

Tytuł: Wybacz mi, Leonardzie
Seria: ---
Tom: ---
Autor: Matthew Quick
Wydawnictwo: Otwarte
Premiera: 8 października 2014
  Liczba stron: 408

           
             Leonard Peacock kończy osiemnaście lat. Z tej okazji szykuje prezenty dla przyjaciół, goli głowę na łyso i zabiera do szkoły pistolet… Tego dnia zamierza rozliczyć się z przeszłością i dorosłymi, którzy go nie rozumieją. W świecie Leonarda nie ma miejsca na kompromisy, wszystko jest albo czarne, albo białe. Jak w starych filmach z Humphreyem Bogartem... Pif-paf!
                Matthew Quick czyli, jak już pewnie wiecie, mój ukochany pisarz. Od dzisiaj mogę szczycić się tym, że przeczytałam wszystkie jego powieści, które zostały przetłumaczone na nasz ojczysty język.  Jako iż już pisałam informacje o tym autorze (link do recenzji NOG) nie będę powtarzać rytuału.
                „Wybacz mi, Leonardzie” oczywiście też jest „młodzieżówką”. Choć znów uważam, że jest źle ulokowana (nawet bardziej niż przy innych!). Polecam ją również dorosłym, gdyż można nauczyć się odczytywać „niemy krzyk” nastolatków. Można spostrzec, kiedy jest coś nie tak. A to może nawet uratować komuś życie.
Niby opowiada o problemach nastoletniego chłopaka, ale nie jest dla wszystkich. Według mnie po tę książkę powinny sięgać tylko osoby takie jak bohater, dojrzałe. Pewna Pani w krótkiej recenzji zapewnia, że polubicie Leonarda od początku. Szczerze, wydaje mi się, że tak nie jest. Po pierwsze każdy z nas ma inny gust. Po drugie, każdy z nas inaczej zachowałby się w sytuacji Peacocka. Jedni postąpiliby identycznie i w pełni się zgadzają z decyzją (decyzjami) bohatera, inni mogą go znienawidzić. Quick po raz kolejny stworzył przemyślane postaci. Nastoletni Leonard przyjaźniący się ze starszym sąsiadem? Czemu nie? Główny bohater jest naprawdę dojrzały jak na swój wiek.  Nie idzie za tłumem, wyróżnia się i właśnie w tym jest wyjątkowy. Ale niestety przez to jest odtrącany. Wyśmiewany. Poniżany. Powieść ukazuje również to, w jaki sposób wykorzystuje się osoby wrażliwe. Leonard przeżył cos strasznego, a jednak jakoś sobie z tym radził. Do osiemnastych urodzin. Wszyscy o nich zapomnieli. To on kupił dla przyjaciół prezenty, nie na odwrót. Jeśli ktoś do tej pory sądził, że jest to książka taka sama jak inne, to się mylił. Aczkolwiek po raz kolejny podkreślam, ze nie polecam jej wszystkim. Ja osobiście uśmiechałam się przy niej przez łzy. Zarazem bawiła mnie jak i dołowała.
Powieść na pewno nie jest lekka, daje do myślenia. Niektórzy mogą jej nawet nie zrozumieć.  Szczerze powiedziawszy sama do końca nie jestem pewna czy dobrze ją odebrałam. Bohater jest dziwny, w jednych może budzić przerażenie, w innych sympatię. Osobiście w trakcie czytania książki należałam do obydwu grup. Teraz Leonard budzi we mnie współczucie, ale również podziw.
Styl pisania jest niepowtarzalny. Lekko czytało mi się każdy rozdział (z jednym wyjątkiem, ale  o tym później). Oczywiście niektóre strony były w ciekawym układzie graficznym. Tylko jedna kolumna zapełniona. Przypisy na jedną stronę. Dwa sowa na kartkę.
 Quick na szczęście pomijał monotonne opisy pomieszczeń, bądź ludzi, gdyż nie było to istotne w fabule. Uwielbiam go również za to, że umieszczał w powieści dużo przemyśleń, wspomnień. Autor wprowadził do fabuły trochę tajemniczości, gdyż bohater chce coś zrobić, ale przez większość książki nie wiemy dlaczego. Ktoś może pomyśleć, że jest po prostu szaleńcem. Myślę, że gdyby tę powieść przeczytało np. sto osób zdania byłyby podzielone.
Myślę, że wszyscy wiecie jak wpadła mi w ręce ta książka. Po prostu musiałam „zaliczyć” (jakkolwiek to brzmi) wszelkie powieści tego autora.  Tak jak przy poprzednich książkach, nie zawiodłam się. Choć akurat „Wybacz mi, Leonardzie” naprawdę łapie za serducho.
Zwariowany bohater, dla niektórych poważne (lub niepoważne) problemy. Być może po opisie wnioskujecie, że nie jest to książka dla Was. Jeśli tak jest nie dajcie się zmusić do jej przeczytania. Tak jak pisałam wcześniej, akurat ta powieść wymaga skupienia i wyjątkowej umiejętności nie posiadania empatii (którą niestety wielu homo sapiens wyćwiczyło do perfekcji). Teraz o kilku minusach. Quick wprowadził jeden moment, w którym naprawdę się nudziłam. Po prostu nie było już takiej wartkiej akcji i to co myślał bohater po prostu mnie nużyło. Kolejnym minusem był jeden niewyjaśniony wątek. Autor nie pozwolił mi dowiedzieć się czy skończyło się to tak smutno, czy rzeczywiście cos było potem. Nie do końca nawet były określone ostateczne emocje, odczucia tych osób. Szczerze powiedziawszy trochę mnie to zdenerwowało. Ostatnim minusem jest końcówka. Obawiałam się, ze tak autor zapełni ostatnie strony powieści, ale miałam nadzieję, że  mnie zaskoczy. Niestety, to zakończenie zdenerwowało mnie. Niestety nie potrafię opisać Wam tego bez spojlerów, więc musze ten temat przemilczeć.  Jeszcze parę słów do okładki *patrzy na nią*. Droga okładko, kompletnie nie pasujesz do fabuły. Rozumiem, że zielony uspokaja i chciałaś uleczyć naszego kaca książkowego, ale niestety, zmieniłabym Cię. Może na bardziej mroczną, choć zarazem wesołą, która oddawałby prawdziwy nastrój powieści.
Oceniam ją na 9/10. Dlaczego? Gdyż Matthew podjął się dosyć trudnego tematu, a jedna w 3/4 podołał.



A Wy Wybaczyliście już Leonardowi, czy nie? Jeżeli tak, podzielcie się opinią w komentarzu J

sobota, 23 maja 2015

Niewidzialny człowiek z Salem - Ch. Carlsson

tytuł: Niewidzialny człowiek z Salem
tytuł oryginału: Den osynlige mannen från Salem
autor: Christoffer Carlsson
tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nowotny
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 18 marca 2015
liczba stron: 360


Ostatnie dni lata. W sztokholmskim schronisku dla bezdomnych policja znajduje ciało zastrzelonej narkomanki. Światła radiowozów budzą mieszkającego w tej samej kamienicy zawieszonego w obowiązkach policjanta, Leo Junkera.
Junker nie może jednak trzymać się z dala od tej sprawy – okazuje się, że morderstwo powiązane jest z jego własną trudną młodością i tragicznym wydarzeniem sprzed lat, które na zawsze odmieniło jego życie.
W ciemnych zaułkach miasta, opanowanych przez organizacje przestępcze, rozpoczyna się poszukiwanie zabójcy oraz prawdy o przeszłości Junkera…


Nagroda Szwedzkiej Akademii Kryminałów za najlepszy szwedzki kryminał 2013.


Chrisoffer Carlsson zadebiutował w 2010 roku powieścią Case Vincent Franke. Żadna z jego książek, pomijając Niewidzialnego człowieka z Salem, nie ukazała się po polsku. Carlsson zajmuje się wykładaniem na wydziale kryminalistyki oraz pisaniem licznych prac naukowych z tejże dziedziny. Wiosną 2014 roku zrobił nawet doktorat!
Szwedzkie i norweskie kryminały mają bardzo charakterystyczny, ciężki klimat, za którym niestety zbytnio nie przepadam - choć nie zmienia to faktu, że jak najbardziej go doceniam - przez co pierwsze strony czytałam z niechęcią, która silnie utrzymywała się gdzieś do połowy książki. Później to osłabło, może pod wpływem przyzwyczajenia, a może przez jakiegoś bezimiennego komisarza, do którego poczułam sympatię. Nie jestem pewna, czytam to od jakiegoś miesiąca, niektóre rzeczy zaczynają się zacierać.
Rzadko jest tak, że czytam jakąś książkę, nie wiedząc zbyt wiele o autorze i jego twórczości. Zwykle przed lekturą zapoznaję się z informacjami z różnych źródeł, szukam interesujących ciekawostek, przeglądam poprzednie książki, żeby wiedzieć czego mogę się spodziewać, ale w przypadku Niewidzialnego człowieka z Salem nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy. Dopiero dzisiaj przejrzałam biografię Carlssona, żeby zrobić jakiś wstęp. Czysta karta, większe szanse.
Bardzo podoba mi się, że Carlsson cofa się do przeszłości Leo, opisuje to wszystko dokładniej, a nie tylko wspomina przy pomocy kilku słów, zupełnie jakby nie miało to znaczenia. Powieść zyskuje dzięki temu ciekawą różnorodność, nie sposób się przy niej nudzić. Podoba mi się, jak główny bohater od czasów liceum zmienił się i wydoroślał.
Leo Junker, główny bohater to postać, do której jestem nastawiona dwojako. Do dorosłego Leo pałam sympatią, szanuję go i popieram jego decyzje, ale młodego Leo szczerze nie znoszę. Wydaje mi się słaby, niewiele warty, tchórzliwy - szczególnie jego zachowanie wobec Tima budzi moją niechęć. Potrafię zmusić się do zrozumienia powodów, które nim kierowały, ale i tak nie zmniejsza to mojej pogardy wobec niego.
Niewidzialny człowiek z Salem to dość intrygująca pozycja. Spotkałam się z kilkoma opiniami, w których przedstawiona jest odwrotna opinia, jakoby że fabuła za bardzo obracała się wokół romansów i przeszłości Junkera. Co do romansów się zgadzam, ale przeszłość Leo to fundament, na którym zbudowany jest cały wątek kryminalny. Nie przepadam za książkami, w których rozwiązanie zagadki pojawia się znikąd. To żadna sztuka napisać coś, co nijak ma się z resztą powieści. Za to Carlsson ma ogromny plus.
Niewidzialny człowiek z Salem to dobry, intrygujący, bardzo inteligentny kryminał, choć chwilami trochę ciężki w przekazie treści. Carlsson porusza wiele wrażliwych spraw, nie boi się pisać o mafii, utracie dziecka, narkotykach. Godne podziwu. Książkę oceniam na 8,5/10, ponieważ już jest naprawdę, naprawdę świetnie, ale to był ledwo wstęp do czegoś większego i mam nadzieję dużo lepszego.


 


A Wy? Czytaliście już Niewidzialnego człowieka z Salem? A może macie zamiar? Napiszcie w komentarzach Wasze wrażenia! (: 

piątek, 15 maja 2015

#K Skąpiec - Molier

clarity uprzejmie ostrzega, że analiza usiana jest spoilerami.

„I na cóż się nam przyda, że będziemy kiedyś mieli majątek, skoro posiądziemy go wówczas, gdy miną najpiękniejsze lata!”

Tytuł: Skąpiec
Autor: Molier
Epoka: Barok
Rodzaj: Dramat
Gatunek: Komedia

           Na samym wstępie chciałbym podkreślić, że będzie to raczej analiza niż recenzja, gdyż jest to klasyka i podchodzę do niej w inny sposób.
Molier, a właściwie Jean Baptiste Poquelin uważany jest za najwybitniejszego komediopisarza w historii literatury francuskiej. Urodził się 15 stycznia 1622 w Paryżu, zmarł 17 lutego 1673 również w Paryżu. Inne jego znane dzieła to na przykład „Świętoszek”, „Szkoła mężów”.
„Skąpiec” czyli, jak się pewnie domyślacie, „komedia” (choć jest tutaj pewna nieczystość gatunkowa, gdyż Molier wprowadza również wątki tragiczne) o problemach ludzi skąpych. Harpagon (bohater tytułowy) kocha tylko i wyłącznie swoją fortunę. Nie liczy się dla niego rodzina, jest zaślepiony przez pieniądze, i oczywiście to jest główny temat komedii. Wątki poboczne to na przykład: Skąpiec chciał wydać swą córkę za ojca swej ukochanej Marianny - Anzelma. Nie liczył się ze zdaniem córki, traktował ją z wyższością. Podobny stosunek miał do syna - Kleanta, który zadurzył się w tej samej kobiecie, w której jego ojciec. Ogólnie historia pokazuje dosyć nieprzyjemne więzi rodzinne.
Tylko jeden bohater utworu był dokładnie zarysowany. Molier skupił się na tytułowym bohaterze, czyli Harpagonie. W utworze autor ukazuje jego podejrzliwość, niecierpliwość, a przede wszystkim skąpstwo. Tą złą cechą „zaraża” niestety swoje dzieci, które za wszelką cenę chcą przejąć pieniądze od ojca, życząc mu nawet śmierci. W końcu wszyscy służący zaczynają domagać się wypłaty. Chciwy Harpagon pragnie uchronić przed kradzieżą swoją cenną szkatułkę zakopaną w ogrodzie. Niestety nie udaje mu się to i jego, można powiedzieć, sens życia znika. Harpagon chwilę, bardzo tragicznie, rozpacza, ale postanawia wszcząć poszukiwania. Nawet zgadza się odpuścić „ukochaną” w zamian za szkatułkę. To właśnie pokazuje, że Skąpiec nie kochał Marianny, według mnie może po prostu chciał wypełnić pustkę po żonie.
Pomimo że Molier był dosyć mocno krytykowany przez ówczesnych krytyków za to, że swą komedię pisał prozą, mnie bardzo się to podobało, gdyż lekko się tę pozycję czytało. Nie pojawiały się tam archaizmy, więc nie musiałam zastanawiać się co oznaczały dane słowa, co z pewnością spowolniłoby czytanie.
Jak w ogóle sięgnęłam po tę powieść? Wszystko dzięki mojej pani od polskiego, która stwierdziła, że będzie to nasza lektura w tym roku. Szczerze jej dziękuję za wybór ciekawej komedii.
Bardzo podoba mi się taka „odskocznia” od książek młodzieżowych. Z jednej strony, tak jak  pisałam wyżej, była ona lekka odskocznią od dłuższych powieści. Z drugiej, zaczęłam poważnie się zastanawiać, czy „Skąpiec” nie przedstawia przypadkiem postaw wielu współczesnych osób. Wiele ludzi teraz stawia wyżej karierę, czy pieniądze niż rodzinę, przyjaciół. Jest to naprawdę przykre, ale prawdziwe.


Książki oceniać nie będę, ale wyrażę ogólną opinię o niej. Uważam, że jest dobrym dramatem. Czasami naprawdę śmiałam się z sytuacji, dwuznacznie dobranych słów lub postaci. Bardzo cieszy mnie fakt, że ta pozycja znajduje się w spisie lektur.

Bardzo chętnie poczytam co można by poprawić w tej „analizorecenzji”, gdyż jest to mój pierwszy tego typu tekst.

niedziela, 3 maja 2015

Pocałunki wampira - E. Schreiber

tytuł: Pocałunki wampira
tytuł oryginału: Vampire kisses
autor: Ellen Schereiber
tłumaczenie: Agnieszka Klonowska
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
data (polskiego) wydania: 23 marca 2011
liczba stron: 224

Nowy chłopak w mieście. Pogłoski o wampirach. I pierwsza, niebezpieczna miłość. Dwór na szczycie wzgórza wiele lat stał pusty, ale pewnego dnia okazało się, że ktoś w nim zamieszkał. Tajemniczy Alexander Sterling natychmiast stał się tematem plotek. Raven, zafascynowana wampirami gotka, usiłuje odkryć całą prawdę o skrytym Alexandrze. Kiedy go poznaje, zaczyna między nimi iskrzyć. Czy Alexander spełni jej największe marzenie? Miłość bywa pokrętna – zwłaszcza taka, która ożywa dopiero po zmierzchu…

Ellen Schreiber przed zostaniem pisarką była aktorką, komikiem i agentką nieruchomości. Studiowała na Królewskiej Akademii Sztuk Dramatycznych w Londynie oraz na The Second City w Chicago. Jej brat, Mark Schreiber, także zajmuje się pisarstwem. Pomagał w rozpoczęciu pisarskiej kariery Ellen, która teraz ma w swoim dobytku między innymi serię Pocałunki wampira oraz Once In A Full Moon (nie ukazała się po polsku). W przeciągu trzynastu lat napisała piętnaście książek.
Pocałunki wampira uderzają głupotą, ale taką niegroźną i całkiem przyjemną, przy której można się sporo pośmiać, ponaigrywać się z bohaterów i ponarzekać na brak powagi. Najlepsze jest jednak to, że… autorka pisała tak specjalnie! W jednym z wywiadów Schreiber powiedziała, że serię Pocałunki wampira początkowo tworzyła dla żartu i dopiero później zaczęła podchodzić do niej poważniej. Można pogratulować pani Schreiber wyczucia czasu, bo nie jestem pewna czy teraz spotkałaby się z takim odzewem.
Spotkałam się z licznymi, niepochlebnymi opiniami na temat Raven, wiele osób krytykuje jej zachowanie i to, jak podchodzi do świata. Stykając się z takimi ludźmi i wymieniając z nimi opinie, czułam się co najmniej dziwnie. Bo Raven nie jest złą postacią - ma poczucie humoru, jest ciekawska i arogancka. Często zachowuje się, jak przystało na nastolatkę i to nie spodobało się innym.
Dlaczego? Nikt nie mówił, że Pocałunki wampira to poważna książka, znajduje się w dziale młodzieżowym, a i okładka nie wygląda zbyt dojrzale, więc pierwsze wrażenie nie jest mylne. Skąd więc tak liczna krytyka? Nie do końca to rozumiem.
Kreacja bohaterów jest bardzo dobra. Łatwo ich rozpoznać, nie mieszają się z innymi i są wręcz dziwnie  ujmujący. Nawet Trevor, którego przez większą połowę książki dopingowałam do walki o Raven. Mimo że jako zwykły człowiek nie miał szans, wydał mi się zakochany w głównej bohaterce i to mnie kupiło.
Styl Schreiber pozostawia sporo do życzenia - skupiła się głównie na dialogach, które są na szczęście całkiem dowcipne i na ich podstawie da się określić, kto mówi. Opisy wydają mi się trochę zaniedbane i potraktowane po macoszemu. Ceńmy opisy, tak łatwo je popsuć.
Zakończenie jest cudowne! Jednoznaczne i nie do końca jasne jednocześnie. To zdecydowanie mój ulubiony fragment. 
Myślę, że Pocałunki wampira zasługują na mocne 5/10. Duży potencjał, ale słabo wykorzystany.