sobota, 4 lipca 2015

#2 Tag

W tym tygodniu (i prawdopodobnie następnym również) nie pojawią się recenzje. Wynika to z tego, że obie wyjeżdżamy, a planowanie postów zawodzi i nie mamy innego wyjścia, jak na ten czas odpuścić z ich wstawianiem. Obie jednak obiecujemy, że po wakacjach  wrócimy do regularnego publikowania. Zamiast recenzji, mamy dla Was Muzyczny Tag Książkowy. Pytaniami, jak poprzednim razem podzieliłyśmy się po równo, tym razem pierwsza część trafiła się Zwpzk, a druga clarity. Smacznego!

1. Heavy metal, czyli książka zbyt ciężka, bym ją przeczytała
Cały Internet będzie mnie hejcił, ale było to „Miasto Popiołów”. Nie skończyłam ani tej książki, ani całej serii DA. Za to Diabelskie Maszyny ubóstwiam ;)
2. Dead metal, czyli książka, w której jest bardzo dużo śmierci
Pierwsze co mi przychodzi na myśl to „Gra o Tron”, choć jeszcze nie sięgnęłam po tę powieść. Polecacie?
3. Reagge, czyli książka, która mnie uszczęśliwia
Pomimo łamiących serce momentów są to „Wybrani”. Z każdym razem jak otwieram na jakiejkolwiek stronie i czytam, cieszę się jak dziecko. (clarity potwierdzi. potwierdzam)
4. Pop, czyli książka tak popularna, że musiałam ją przeczytać
„Eleonora i Park” oraz „Czerwona Królowa”, ale przede wszystkim „Harry Potter”.
5. Rap, czyli książka z najlepszymi dialogami
„Dary Anioła” Miasto Kości”. Ta część była według mnie wspaniała. Jace, Alec, Magnus, Valentine <3
6. Emo, czyli książka, która mnie zdołowała
„Hopeless” autorstwa Collen Hoover oraz „Morze Spokoju” Katji Millay. Myslę, że dla osób, które czytały te książki nie trzeba nic więcej dodawać. *Ale, żeby nie było, polecam bardzo! *
7. Electro, czyli książka z najlepszą parą
„Niezbędnik Obserwatorów Gwiazd” i „Poradnik Pozytywnego myślenia” spod pióra Matthew Quicka.
8. Blues, czyli książka, którą uwielbiam, mimo smutnego zakończenia
Teoretycznie zakończenie „Akademii Dobra i Zła” nie jest smutne, ale coś co wydarzyło się, można powiedzieć kilka sekund wcześniej, owszem jest. Dlatego tę pozycję umieszczam właśnie w tym punkcie.
9. Klasyka, czyli po prostu klasyk
Sherlock Holmes! Cała seria o jego przygodach i śledztwach to po prostu arcydzieło. Moim faworytem jest Pies Basketville’ów i Studium w szkarłacie. Każdy szanujący się mól książkowy, powinien przeczytać chociaż jedno opowiadanie.  
10. Folklor, czyli książka, dzięki której poznałam inną kulturę
Nie potrafię przypomnieć sobie niczego innego oprócz Wyspy na prerii Wojciecha Cejrowskiego. Humor, wspaniałe dialogi - coś wspaniałego.  
11. Country, czyli książka, której akcja dzieje się w małym miasteczku lub na wsi
Pocałunki wampira. Raven, główna bohaterka nazywa to miasto grajdołkiem, co przynajmniej według mnie, jest dość niedojrzałe i urocze. Skojarzenie Raven z country wydaje się jednak niedorzeczne, bo dziewczę jest gotem, ubiera się a czarno i uwielbia wampiry.
12. Rock, czyli książka z hardcorowym bohaterem
Sama jej nie czytałam, ale Zwpzk bardzo zachwala Marsjanina. Kiedy słuchałam, co wyrabiał Mark, czułam podziw i odrazę. Bo, jasne, gość potrafi sobie radzić i nie miał innych możliwości, ale… Fuj. Niemniej jednak, Mark jest mistrzem, przyznaję.  
13. Dance, czyli książka z wątkiem tanecznym
To jest trudne, bo nigdy nie spotkałam się z wątkiem tanecznym w książce zaznaczonym na tyle wyraźnie, bym zwróciła na niego większą uwagę. W chwili obecnej przychodzi mi na myśl tylko Buszujący w zbożu. W jednym z pierwszych rozdziałów Holden prosi do tańca starszą od siebie kobietę, a ta, choć nie grzeszy zbytnią inteligencją, tańczy naprawdę dobrze.
14. Disco Polo, czyli książka, po której nie spodziewałam się, że mi się spodoba
Dary Anioła: Miasto Kości. Naczytałam się mnóstwa złych rzeczy o Cassie i stwierdziłam, że nie będę marnować czasu na byle co (byle co! też coś). Właściwie, do tej pory nie wiem, jak doszło do tego, że jednak ją przeczytałam (a raczej pochłonęłam. w jeden dzień. wyrzucając sobie przez następny tydzień, że czekałam tak długo), ale nie żałuję, bo kompletnie oszalałam na punkcie Nocnych Łowców.
15. Poezja śpiewna, czyli książka, w której występuje poezja
To naprawdę trudne pytanie, bo mimo że poezję uwielbiam, to nie czytam książek, w których przeplata się ona z prozą. Hm… Może Wymarzony dom Ani? Jeśli się nie mylę, jest tam taki cytat “cytował poezję tak często, że w końcu sam zaczął nią mówić”. Przytoczone z pewnością niedokładnie, bo serię o Ani czytałam szmat czasu temu, ale to moja druga myśl (zaraz po “o Boże, może oddam to pytanie Zwpzk?”), jeśli chodzi o książkę, w której występuje poezja. Nic innego mi nie przychodzi do głowy, niestety.  
16. Rock alternatywny, czyli książka, która miesza wiele gatunków
Azazel Borisa Akunina? Są elementy komedii, romansu, a do tego cała powieść to kryminał, więc mam nadzieję, że się nada. Książka z dużą ilością opisów, co może stać się męczące, ale mnie również zachwyca, bo naprawdę uwielbiam te dobrze napisane. Chapeau bas dla Akunina, że mimo że na początku miałam ochotę zabrać się za coś lżejszego, to jednak zdołał mnie zaciekawić i zatrzymać. 
 
To już koniec, ale mamy nadzieję, że się Wam podobało. Obie życzymy Wam cudownych wakacji, dużo odpoczynku i niezapomnianych chwil. Macie może jakieś interesujące plany na ten czas? Nie wiem jak Zakochana, ale ja będę tu zaglądać od czasu do czasu i z chęcią zobaczę Wasze odpowiedzi.

niedziela, 28 czerwca 2015

Książkowe Akcje #3

Książkowe "kocha, nie kocha" ogłasza nowe coroczne wydarzenie w sam raz dla zapalonych książkoholików.
Na czym to polega?
W ustalony wieczór - W TYM ROKU NOC Z 4 NA 5 LIPCA! - nastawiamy budziki na godzinę 20! Obok miejsca, w którym najwygodniej nam się czyta, kładziemy przygotowaną książkę (lub kilka, jeśli umiecie i lubicie tak szybko czytać!) i...
OD GODZINY 20 DO GODZINY 6 RANO NASTĘPNEGO DNIA CZYTAMY, ILE WLEZIE!
Korzystamy z tego, że młodzież ma w lipcu wakacje i wiele osób wyjeżdża na urlop i oddajemy się największemu hobby każdego książkoholika, czyli czytaniu.
A po atrakcyjne książki do zgarnięcia i lektury w sam raz na Noc Książkoholików zapraszamy na profil organizatorek :)
Wydarzenie jest całkowicie darmowe :) Potrzebujecie jedynie herbaty, kawy lub gorącej czekolady i mnóstwa energii na przesiedzenie z nami całej nocy.

   Sądzę, że pomysł jest naprawdę ciekawy. Można trochę poćwiczyć wytrzymałość. I na pewno jest duża motywacja! Macie zamiar się przyłączyć? Jeśli tak to zapraszam: klik.

piątek, 19 czerwca 2015

Domofon - Z. Miłoszewski

„Trudno nadać sens porządkowi, który dzieje się wbrew rozumowi.”

Tytuł: Domofon
Seria: ---
Tom: ---
Autor: Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo: W.A.B.
Premiera: 26 października 2013
Liczba stron (w moim kieszonkowym wydaniu): 383

           Warszawskie Bródno. Do paskudnego bloku wprowadza się dwójka młodych – świeżo poślubieni Agnieszka i Robert, którzy przyjechali do stolicy, by zacząć tu nowe, lepsze i pełne świetlanych planów życie. Ich pierwszy dzień w nowym domu nie zaczyna się jednak zbyt zachęcająco – na zalanej krwią klatce schodowej leży człowiek bez głowy…

Zygmunt Miłoszewski - polski powieściopisarz i publicysta, współautor scenariuszy filmowych. Autor powieści kryminalnych o prokuratorze Teodorze Szackim. Wszystkie książki Miłoszewskiego ukazały się za granicą. Tłumaczone są na kilkanaście języków, m.in. na angielski, niemiecki, francuski, rosyjski, ukraiński, hebrajski, włoski czy hiszpański. Angielskie i amerykańskie wydanie Uwikłania zostało dostrzeżone przez pismo branżowe „Publishers Weekly” i docenione prestiżową nagrodą, tzw. starred review. Także kontynuacja tego cyklu kryminalnego, Ziarno prawdy, doczekała się w „Publishers Weekly” tego samego wyróżnienia.
„Domofon” czyli sensacja/thriller/kryminał (według lubimyczytać.pl) zaś z mojej okładki wynika, że jest to „mocny horror w dobrej cenie”. Druga część opisu się sprawdza, natomiast pierwsza… O tym w dalszej części.
Powieść ukazuje, że dziwne, nienaturalne rzeczy mogą dziać się w bloku naprzeciwko, a nawet w mieszkaniu obok. Bródnowska kamienica była wbrew pozorom tylko budynkiem mieszkalnym. Ale tylko z zewnątrz. W środku ludzie bali się wyjść z mieszkania. Drżeli ze strachu na myśl o kolejnym dniu. Szybko przechodzili korytarzem, by nie spotkać nieżywego człowieka, który przypadkiem będzie leżał na środku holu. A to wszystko wynikało z historii terytorium na którym stał blok. A Wy, interesowaliście się kiedyś dziejami waszego miejsca zamieszkania? Nie? Tak samo postąpili bohaterowie powieści.
Styl pisania autora jest zróżnicowany. Na początku potrzebował dużo czasu, by rozwinąć akcję, utożsamić nas z bohaterami. Ta część naprawdę mnie nudziła. Na szczęście później Miłoszewski zrehabilitował się i w połowie książki zaczął lekko przeplatać wątki. Minusem, a zarazem plusem było to, że wprowadzał wzgląd na sytuację z perspektywy kilku osób. Czasami niestety się w tym gubiłam, lecz już pod koniec, kiedy akcja nabrała tempa, przydało się to.  
Jeśli chodzi o opisy, były one skrupulatne, obszerne. Uważam jednak, że nie wszystkie były potrzebne. Oczywiście, jeśli chodzi o istotną rzecz (np. piwnicę) to ich dokładne opisanie jest jak najbardziej wskazane. Natomiast największym minusem jest zdradzanie fabuły odcinka „Na Dobre i Na Złe”, gdyż w historii było to nieistotne, a mocno mnie nudziło. No bo w końcu, kogo interesują dzieje lekarzy z serialu? Czy rzeczywiście był to potrzebne? Nie sądzę.
Książkę tę znalazłam na promocji w (uwaga, lokowanie produktu) Kauflandzie. Przeszukiwałam kosze i przyciągnęła mnie okładka. Przeczytałam to zapewnienie o „mocnym horrorze w dobrej cenie”, więc włożyłam Domofon do koszyka. Od zawsze intrygowało mnie to, w jaki sposób autorzy chcą wzbudzić w nas strach na kartach powieści. W filmie łatwiej jest zbudować napięcie, gdyż wystarczy jakiś straszny potwór wyskakujący w najmniej odpowiednim momencie. A w książce? Dołączone jakieś zdjęcia? Właśnie to pytania zadawałam sobie przed sięgnięciem po „Domofon”.  
Tak jak już wcześniej wspomniałam, było to moje pierwsze spotkanie z horrorem przelanym na papier. I niestety, zawiodłam się. Spodziewałam się czegoś, przez co nie mogłabym spać w nocy, czegoś co przyprawiłoby mnie o szybsze bicie serca (choć nadal pozostawało pytanie, jak to osiągnąć). Czasami rzeczywiście, trochę się bałam (ps. Nie polecam czytać tej książki koło godziny dwudziestej trzeciej z chrapiącym psem obok i kanapą, zza której zawsze może coś wyjść), szczególnie w  nocy. Najlepsze było to, ze te najstraszniejsze wątki czytałam akurat, gdy było ciemno (co za zrządzenie losu).
Chciałabym jeszcze odnieść się do okładki i tytułu. Szczerze powiedziawszy uważam, że są źle dobrane. Niby nawiązują do fabuły, ale dopiero do tej końcowej. Być może tylko ja mam takie, można by stwierdzić, dziwne odczucia, ale właśnie po to to piszę, by podzielić się z Wami moimi przemyśleniami. Zresztą ten tytułowy „Domofn” jest niby wątkiem głównym, który (prawie) wszystko wyjaśnia, lecz tak czy tak nie pasuje mi do całości. Choć to właśnie to, że nie wiemy od początku, dlaczego akurat ta rzecz, wprowadza nutę tajemniczości.  
Oceniam „Domofon” na 5/10. Uważam, że książka nie była stratą czasu, ale nie była również wielką przygodą. Można ją określić jako „nie do końca świeży podmuch czegoś nowego”.



A Wy, już zapoznaliście się z tą powieścią? Jeżeli tak, dajcie znać w komentarzu.

_______________________________________________
recenzja napisana przez Zwpzk

wtorek, 16 czerwca 2015

PRZEDPREMIEROWO! Fangirl - R. Rowell


tytuł: Fangirl
autor: Rainbow Rowell
wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
data wydania: 27 lipca 2015
liczba stron: 380

  Wren i Cath to siostry bliźniaczki „podobne” do siebie jak ogień i woda. Wren chce w życiu spróbować wszystkiego. Lubi imprezować, randkować i poznawać nowych ludzi. Cath woli siedzieć w ich wspólnym pokoju i pisać fanfiction do książki, która zawładnęła całym jej światem. Jest fanką nastoletniego czarodzieja Simona Snowa. Wróć! Jest Prawdziwą Fanką, która… ma swoich własnych fanów, bo pisze fanfiki o Simonie.
   Mimo że tak różne, dziewczyny są nierozłączne.
  Gdy bliźniaczki rozpoczynają naukę w college’u, ich drogi się rozchodzą – Wren nie chce już mieszkać z siostrą. Cath musi opuścić swój bezpieczny świat i stawić czoła rzeczywistości. Na swojej drodze spotyka Reagan (Cath prędzej dogadałaby się z Marsjaninem niż z nią) i wiecznie uśmiechniętego Levi’ego (czy on kiedyś zrozumie, co to jest przestrzeń osobista?) oraz panią profesor od kreatywnego pisania (która wszelkie fanfiki uważa za plagiaty).
  „Fangirl” to opowieść o przyjaźni wbrew różnicom i o trudnej sztuce dojrzewania. To historia o ludziach, którzy kochają książki tak bardzo, że stają się one ich całym światem.


Zakochana pisała ostatnio o swoim ulubionym autorze, Matthew Quicku, dlatego pomyślałam, że się nie obrazicie, jeśli to ja napiszę o moim (a właściwie mojej, jeśli przejmować się szczegółami). To już druga recenzja o twórczości Rainbow Rowell, napisana przeze mnie, mam nadzieję, że tym razem także będę w stanie przekonać kogoś do czytania jej książek, które od niedawna zaczęły pojawiać się w Polsce. Smacznego!
Jeszcze kilka tygodni temu nie wiedziałam do końca na czym polega geniusz Eleonory i Parka - ot, zwykła opowiastka, nic wielkiego, z czym nie spotkałam się już wcześniej. Na szczęście kolejna książka, po którą sięgnęłam znużona oczekiwaniem na przetłumaczenie na polski, rozjaśniła mi trochę powody mojego zachwytu. Wciąż podpisuję się pod wszystkim, co napisałam w recenzji E&P, ale teraz mogę to rozwinąć.
Rowell pisze New Adult (a przynajmniej jej ksiązki zawierają elementy, świadczące o tym), ale nie takie typowe. Wolne od opisów seksu, ćpania, śmierci - bardzo podziwiam Rowell za to, że w Fangirl brak wyżej wymienionych. To powiew świeżości na rynku literatury młodzieżowej, wiele dałabym, by czytać więcej podobnych rzeczy.
Czytelnik nie szuka przez cały czas jakiegoś spisku, jak w kryminałach, nie umiera ze śmiechu, jak przy parodiach i komediach, nie wychodzi z siebie ze strachu, że coś próbuje go zabić, jak w horrorach. To nie są tego typu wrażenia, których się doświadcza podczas czytania Fangirl. Przeżywałam każdą gorszą chwilę razem z Cath, razem z nią zachwycałam się Levim, złościłam na Wren - niby zwykłe, codzienne uczucia, ale o ileż lepsze wydają się od tych silniejszych! Zakochałam się w tej książce między innymi za sposób, w jaki Rowell opisuje wydarzenia, emocje bohaterów i ich reakcje. To czyni ich tak prawdziwymi, że wiele autorów może jej pozazdrościć. A zdecydowanie jest czego.
Cały czas zachwycam się nad kreacją bohaterów. Są cudowni i niepowtarzalni w bardzo ludzki sposób. Rowell łączy cechy charakteru, miesza je, aż wychodzą ciekawe, urocze i prawdziwe postacie. Nie porzuca tych, które przewijają się na początku, przeciwnie - nadaje im większą rolę i czyni kimś, co pokazuje, że ludzie, o których zapomnieliśmy, mogą wrócić i zajść nam za skórę. Bardzo podoba mi się kreacja pani profesor Cath, choć nie do końca popieram jej poglądy o fanfikach, Wren pod koniec również wzbudza we mnie symatię.
Czymś naprawdę pięknym są tematyczne fragmenty książek o Simonie Snowie i fanfików Cather, zamieszczane między rozdziałami. Przyjemnością było wczytywanie się w losy młodego czarodzieja, choć na początku miałam wrażenie, że już kiedyś to czytałam. Przypomina to bardzo serię J. K. Rowling, słynnego Harry’ego Pottera. Szczęśliwe, po jakimś czasie, zaczęłam to widzieć jako dwie różne historie.
Wniosek nasuwa się sam, że skoro wypowiadam się o Fangirl w samych superlatywach to moja ocena będzie bardzo wysoka. Moim zdaniem, Rowell zasłużyła, by dostać za Fangirl 10/10.

A Wy? Zamierzacie sięgnąć po tę pozycję czy może zapoznaliście się z nią już po angielsku? Napiszcie w komentarzach! Chętnie poczytam Wasze opinie lub oczekiwania, co do Fangirl!



____________________________________________

clarity bardzo przeprasza, że tak długo nie było recenzji, całą winę bierze na siebie. recenzja Zakochanej powinna się jednak pojawić w terminie, w piątek. ;)

niedziela, 31 maja 2015

Wybacz mi, Leonardzie - M. Quick

„Zalewa tu człowieka tak potworna rzeka syfu, że aż trudno się oddycha.”

Tytuł: Wybacz mi, Leonardzie
Seria: ---
Tom: ---
Autor: Matthew Quick
Wydawnictwo: Otwarte
Premiera: 8 października 2014
  Liczba stron: 408

           
             Leonard Peacock kończy osiemnaście lat. Z tej okazji szykuje prezenty dla przyjaciół, goli głowę na łyso i zabiera do szkoły pistolet… Tego dnia zamierza rozliczyć się z przeszłością i dorosłymi, którzy go nie rozumieją. W świecie Leonarda nie ma miejsca na kompromisy, wszystko jest albo czarne, albo białe. Jak w starych filmach z Humphreyem Bogartem... Pif-paf!
                Matthew Quick czyli, jak już pewnie wiecie, mój ukochany pisarz. Od dzisiaj mogę szczycić się tym, że przeczytałam wszystkie jego powieści, które zostały przetłumaczone na nasz ojczysty język.  Jako iż już pisałam informacje o tym autorze (link do recenzji NOG) nie będę powtarzać rytuału.
                „Wybacz mi, Leonardzie” oczywiście też jest „młodzieżówką”. Choć znów uważam, że jest źle ulokowana (nawet bardziej niż przy innych!). Polecam ją również dorosłym, gdyż można nauczyć się odczytywać „niemy krzyk” nastolatków. Można spostrzec, kiedy jest coś nie tak. A to może nawet uratować komuś życie.
Niby opowiada o problemach nastoletniego chłopaka, ale nie jest dla wszystkich. Według mnie po tę książkę powinny sięgać tylko osoby takie jak bohater, dojrzałe. Pewna Pani w krótkiej recenzji zapewnia, że polubicie Leonarda od początku. Szczerze, wydaje mi się, że tak nie jest. Po pierwsze każdy z nas ma inny gust. Po drugie, każdy z nas inaczej zachowałby się w sytuacji Peacocka. Jedni postąpiliby identycznie i w pełni się zgadzają z decyzją (decyzjami) bohatera, inni mogą go znienawidzić. Quick po raz kolejny stworzył przemyślane postaci. Nastoletni Leonard przyjaźniący się ze starszym sąsiadem? Czemu nie? Główny bohater jest naprawdę dojrzały jak na swój wiek.  Nie idzie za tłumem, wyróżnia się i właśnie w tym jest wyjątkowy. Ale niestety przez to jest odtrącany. Wyśmiewany. Poniżany. Powieść ukazuje również to, w jaki sposób wykorzystuje się osoby wrażliwe. Leonard przeżył cos strasznego, a jednak jakoś sobie z tym radził. Do osiemnastych urodzin. Wszyscy o nich zapomnieli. To on kupił dla przyjaciół prezenty, nie na odwrót. Jeśli ktoś do tej pory sądził, że jest to książka taka sama jak inne, to się mylił. Aczkolwiek po raz kolejny podkreślam, ze nie polecam jej wszystkim. Ja osobiście uśmiechałam się przy niej przez łzy. Zarazem bawiła mnie jak i dołowała.
Powieść na pewno nie jest lekka, daje do myślenia. Niektórzy mogą jej nawet nie zrozumieć.  Szczerze powiedziawszy sama do końca nie jestem pewna czy dobrze ją odebrałam. Bohater jest dziwny, w jednych może budzić przerażenie, w innych sympatię. Osobiście w trakcie czytania książki należałam do obydwu grup. Teraz Leonard budzi we mnie współczucie, ale również podziw.
Styl pisania jest niepowtarzalny. Lekko czytało mi się każdy rozdział (z jednym wyjątkiem, ale  o tym później). Oczywiście niektóre strony były w ciekawym układzie graficznym. Tylko jedna kolumna zapełniona. Przypisy na jedną stronę. Dwa sowa na kartkę.
 Quick na szczęście pomijał monotonne opisy pomieszczeń, bądź ludzi, gdyż nie było to istotne w fabule. Uwielbiam go również za to, że umieszczał w powieści dużo przemyśleń, wspomnień. Autor wprowadził do fabuły trochę tajemniczości, gdyż bohater chce coś zrobić, ale przez większość książki nie wiemy dlaczego. Ktoś może pomyśleć, że jest po prostu szaleńcem. Myślę, że gdyby tę powieść przeczytało np. sto osób zdania byłyby podzielone.
Myślę, że wszyscy wiecie jak wpadła mi w ręce ta książka. Po prostu musiałam „zaliczyć” (jakkolwiek to brzmi) wszelkie powieści tego autora.  Tak jak przy poprzednich książkach, nie zawiodłam się. Choć akurat „Wybacz mi, Leonardzie” naprawdę łapie za serducho.
Zwariowany bohater, dla niektórych poważne (lub niepoważne) problemy. Być może po opisie wnioskujecie, że nie jest to książka dla Was. Jeśli tak jest nie dajcie się zmusić do jej przeczytania. Tak jak pisałam wcześniej, akurat ta powieść wymaga skupienia i wyjątkowej umiejętności nie posiadania empatii (którą niestety wielu homo sapiens wyćwiczyło do perfekcji). Teraz o kilku minusach. Quick wprowadził jeden moment, w którym naprawdę się nudziłam. Po prostu nie było już takiej wartkiej akcji i to co myślał bohater po prostu mnie nużyło. Kolejnym minusem był jeden niewyjaśniony wątek. Autor nie pozwolił mi dowiedzieć się czy skończyło się to tak smutno, czy rzeczywiście cos było potem. Nie do końca nawet były określone ostateczne emocje, odczucia tych osób. Szczerze powiedziawszy trochę mnie to zdenerwowało. Ostatnim minusem jest końcówka. Obawiałam się, ze tak autor zapełni ostatnie strony powieści, ale miałam nadzieję, że  mnie zaskoczy. Niestety, to zakończenie zdenerwowało mnie. Niestety nie potrafię opisać Wam tego bez spojlerów, więc musze ten temat przemilczeć.  Jeszcze parę słów do okładki *patrzy na nią*. Droga okładko, kompletnie nie pasujesz do fabuły. Rozumiem, że zielony uspokaja i chciałaś uleczyć naszego kaca książkowego, ale niestety, zmieniłabym Cię. Może na bardziej mroczną, choć zarazem wesołą, która oddawałby prawdziwy nastrój powieści.
Oceniam ją na 9/10. Dlaczego? Gdyż Matthew podjął się dosyć trudnego tematu, a jedna w 3/4 podołał.



A Wy Wybaczyliście już Leonardowi, czy nie? Jeżeli tak, podzielcie się opinią w komentarzu J

sobota, 23 maja 2015

Niewidzialny człowiek z Salem - Ch. Carlsson

tytuł: Niewidzialny człowiek z Salem
tytuł oryginału: Den osynlige mannen från Salem
autor: Christoffer Carlsson
tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nowotny
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 18 marca 2015
liczba stron: 360


Ostatnie dni lata. W sztokholmskim schronisku dla bezdomnych policja znajduje ciało zastrzelonej narkomanki. Światła radiowozów budzą mieszkającego w tej samej kamienicy zawieszonego w obowiązkach policjanta, Leo Junkera.
Junker nie może jednak trzymać się z dala od tej sprawy – okazuje się, że morderstwo powiązane jest z jego własną trudną młodością i tragicznym wydarzeniem sprzed lat, które na zawsze odmieniło jego życie.
W ciemnych zaułkach miasta, opanowanych przez organizacje przestępcze, rozpoczyna się poszukiwanie zabójcy oraz prawdy o przeszłości Junkera…


Nagroda Szwedzkiej Akademii Kryminałów za najlepszy szwedzki kryminał 2013.


Chrisoffer Carlsson zadebiutował w 2010 roku powieścią Case Vincent Franke. Żadna z jego książek, pomijając Niewidzialnego człowieka z Salem, nie ukazała się po polsku. Carlsson zajmuje się wykładaniem na wydziale kryminalistyki oraz pisaniem licznych prac naukowych z tejże dziedziny. Wiosną 2014 roku zrobił nawet doktorat!
Szwedzkie i norweskie kryminały mają bardzo charakterystyczny, ciężki klimat, za którym niestety zbytnio nie przepadam - choć nie zmienia to faktu, że jak najbardziej go doceniam - przez co pierwsze strony czytałam z niechęcią, która silnie utrzymywała się gdzieś do połowy książki. Później to osłabło, może pod wpływem przyzwyczajenia, a może przez jakiegoś bezimiennego komisarza, do którego poczułam sympatię. Nie jestem pewna, czytam to od jakiegoś miesiąca, niektóre rzeczy zaczynają się zacierać.
Rzadko jest tak, że czytam jakąś książkę, nie wiedząc zbyt wiele o autorze i jego twórczości. Zwykle przed lekturą zapoznaję się z informacjami z różnych źródeł, szukam interesujących ciekawostek, przeglądam poprzednie książki, żeby wiedzieć czego mogę się spodziewać, ale w przypadku Niewidzialnego człowieka z Salem nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy. Dopiero dzisiaj przejrzałam biografię Carlssona, żeby zrobić jakiś wstęp. Czysta karta, większe szanse.
Bardzo podoba mi się, że Carlsson cofa się do przeszłości Leo, opisuje to wszystko dokładniej, a nie tylko wspomina przy pomocy kilku słów, zupełnie jakby nie miało to znaczenia. Powieść zyskuje dzięki temu ciekawą różnorodność, nie sposób się przy niej nudzić. Podoba mi się, jak główny bohater od czasów liceum zmienił się i wydoroślał.
Leo Junker, główny bohater to postać, do której jestem nastawiona dwojako. Do dorosłego Leo pałam sympatią, szanuję go i popieram jego decyzje, ale młodego Leo szczerze nie znoszę. Wydaje mi się słaby, niewiele warty, tchórzliwy - szczególnie jego zachowanie wobec Tima budzi moją niechęć. Potrafię zmusić się do zrozumienia powodów, które nim kierowały, ale i tak nie zmniejsza to mojej pogardy wobec niego.
Niewidzialny człowiek z Salem to dość intrygująca pozycja. Spotkałam się z kilkoma opiniami, w których przedstawiona jest odwrotna opinia, jakoby że fabuła za bardzo obracała się wokół romansów i przeszłości Junkera. Co do romansów się zgadzam, ale przeszłość Leo to fundament, na którym zbudowany jest cały wątek kryminalny. Nie przepadam za książkami, w których rozwiązanie zagadki pojawia się znikąd. To żadna sztuka napisać coś, co nijak ma się z resztą powieści. Za to Carlsson ma ogromny plus.
Niewidzialny człowiek z Salem to dobry, intrygujący, bardzo inteligentny kryminał, choć chwilami trochę ciężki w przekazie treści. Carlsson porusza wiele wrażliwych spraw, nie boi się pisać o mafii, utracie dziecka, narkotykach. Godne podziwu. Książkę oceniam na 8,5/10, ponieważ już jest naprawdę, naprawdę świetnie, ale to był ledwo wstęp do czegoś większego i mam nadzieję dużo lepszego.


 


A Wy? Czytaliście już Niewidzialnego człowieka z Salem? A może macie zamiar? Napiszcie w komentarzach Wasze wrażenia! (: 

piątek, 15 maja 2015

#K Skąpiec - Molier

clarity uprzejmie ostrzega, że analiza usiana jest spoilerami.

„I na cóż się nam przyda, że będziemy kiedyś mieli majątek, skoro posiądziemy go wówczas, gdy miną najpiękniejsze lata!”

Tytuł: Skąpiec
Autor: Molier
Epoka: Barok
Rodzaj: Dramat
Gatunek: Komedia

           Na samym wstępie chciałbym podkreślić, że będzie to raczej analiza niż recenzja, gdyż jest to klasyka i podchodzę do niej w inny sposób.
Molier, a właściwie Jean Baptiste Poquelin uważany jest za najwybitniejszego komediopisarza w historii literatury francuskiej. Urodził się 15 stycznia 1622 w Paryżu, zmarł 17 lutego 1673 również w Paryżu. Inne jego znane dzieła to na przykład „Świętoszek”, „Szkoła mężów”.
„Skąpiec” czyli, jak się pewnie domyślacie, „komedia” (choć jest tutaj pewna nieczystość gatunkowa, gdyż Molier wprowadza również wątki tragiczne) o problemach ludzi skąpych. Harpagon (bohater tytułowy) kocha tylko i wyłącznie swoją fortunę. Nie liczy się dla niego rodzina, jest zaślepiony przez pieniądze, i oczywiście to jest główny temat komedii. Wątki poboczne to na przykład: Skąpiec chciał wydać swą córkę za ojca swej ukochanej Marianny - Anzelma. Nie liczył się ze zdaniem córki, traktował ją z wyższością. Podobny stosunek miał do syna - Kleanta, który zadurzył się w tej samej kobiecie, w której jego ojciec. Ogólnie historia pokazuje dosyć nieprzyjemne więzi rodzinne.
Tylko jeden bohater utworu był dokładnie zarysowany. Molier skupił się na tytułowym bohaterze, czyli Harpagonie. W utworze autor ukazuje jego podejrzliwość, niecierpliwość, a przede wszystkim skąpstwo. Tą złą cechą „zaraża” niestety swoje dzieci, które za wszelką cenę chcą przejąć pieniądze od ojca, życząc mu nawet śmierci. W końcu wszyscy służący zaczynają domagać się wypłaty. Chciwy Harpagon pragnie uchronić przed kradzieżą swoją cenną szkatułkę zakopaną w ogrodzie. Niestety nie udaje mu się to i jego, można powiedzieć, sens życia znika. Harpagon chwilę, bardzo tragicznie, rozpacza, ale postanawia wszcząć poszukiwania. Nawet zgadza się odpuścić „ukochaną” w zamian za szkatułkę. To właśnie pokazuje, że Skąpiec nie kochał Marianny, według mnie może po prostu chciał wypełnić pustkę po żonie.
Pomimo że Molier był dosyć mocno krytykowany przez ówczesnych krytyków za to, że swą komedię pisał prozą, mnie bardzo się to podobało, gdyż lekko się tę pozycję czytało. Nie pojawiały się tam archaizmy, więc nie musiałam zastanawiać się co oznaczały dane słowa, co z pewnością spowolniłoby czytanie.
Jak w ogóle sięgnęłam po tę powieść? Wszystko dzięki mojej pani od polskiego, która stwierdziła, że będzie to nasza lektura w tym roku. Szczerze jej dziękuję za wybór ciekawej komedii.
Bardzo podoba mi się taka „odskocznia” od książek młodzieżowych. Z jednej strony, tak jak  pisałam wyżej, była ona lekka odskocznią od dłuższych powieści. Z drugiej, zaczęłam poważnie się zastanawiać, czy „Skąpiec” nie przedstawia przypadkiem postaw wielu współczesnych osób. Wiele ludzi teraz stawia wyżej karierę, czy pieniądze niż rodzinę, przyjaciół. Jest to naprawdę przykre, ale prawdziwe.


Książki oceniać nie będę, ale wyrażę ogólną opinię o niej. Uważam, że jest dobrym dramatem. Czasami naprawdę śmiałam się z sytuacji, dwuznacznie dobranych słów lub postaci. Bardzo cieszy mnie fakt, że ta pozycja znajduje się w spisie lektur.

Bardzo chętnie poczytam co można by poprawić w tej „analizorecenzji”, gdyż jest to mój pierwszy tego typu tekst.